Z rozmyślań dzisiejszych rowerowych - chodząc do szkoły muzycznej, na etapie podstawówki mijałam kasztany. Ile razy zbliżał się maj, czy to Mama czy Babcia, zawsze ktoś wygłosić musiał standardowy tekst o kwitnących kasztanach i ich powiązaniach z maturą. Ile raz zbierałam później te kasztaniaki, tyle razy zastanawiałam się co to będzie, kiedy sama podejdę do egzaminu dojrzałości, jaka wówczas będę i cóż wydarzy się później.
A tu niespodziewanie zbliżamy się do okrąglutkiej daty po maturze.
Zadziwiające.
Wczoraj zaś bawiliśmy się na Battle of Nations.
Co prawda w kolejce po pajdę chleba ze smalcem patrzono dziwnie, kiedy poprosiłam samą pajdę i gorąco było i słońce i spiekłam sobie ramiona jak rzadko (ale i tak nie spiekłam sobie ryja na poziomie mistrzowskim uczynionym przez Mi), ale i tak turniej konny był tym, co mnie najbardziej zajarało.
Zresztą, nie oszukujmy się. Głównie na tenże turniej dałam się wyciągnąć z domu przed 12 i do 18 siedziałam i się smażyłam.
Koniszcza mnie zawiodły, spodziewałam się samych pogrubionych włochatych pęcinek, a taki był tylko jeden koń, na dodatek dość skarłowaciały siwek. Co nie odbierało mu uroku, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się miśkowaty wydawał. Tylko mniejszy od wielkopolaków (?), które też tam były.
Jest coś takiego w zbrojnych, że nawet mi robią się nóżki z galaretki i popiskuję cichutko :-)
Ogromne dzięki dla Mężczyzn, za to, że jeszcze czasami zbroje płytową chce im się przywdziać i ruszyć w szranki ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz