poniedziałek, 28 maja 2012

jak to się zmienia światopogląd

http://carlidavidson.photoshelter.com/gallery-image/Shake/G0000s_trsF9CDFI/I0000oapPiyRwZwU
Przez takie zdjęcia, zaczynam się cichutko podkochiwać w bullterierach. Natomiast przez autorkę tego bloga: http://weterynarzbezgranic.wordpress.com/ i lajkowane przez nią fotki na facebooku chyba porzucę swoje wielkie nadzieje i jeszcze ambitniejsze plany, dopracuję do dwóch lat praktyki i wyjadę do Arabii. I po cholerę mi tylko to swahili?

sobota, 26 maja 2012

ufff pufff

Czytując książkę o duchu kolei mogę sobie pozwolić na taki tytuł posta. Zwłaszcza, że skwar wściekły przez okna leje się idealnie na klawiaturę i krzesło komputerowe. Co sprawia, że podjąć pracy nie mogę. Tym samym odpisać na tonę maili, sensownych i tych mniej, czy też poopracowywanie adopcji nie wchodzi w grę.

Spędziłam dzisiejszy dzień bezproduktywnie, nie licząc boczniaków na obiad. Rozmowy z noworozwodnikiem, który swoją postawą mnie zadziwił. I rozbawił stwierdzeniem, że samiec w nowym mieszkaniu będzie miał ciężko. Czy ja wiem?

Tydzień temu strzeliłam kilka słit foci kocurowi szukającemu domu. Kocur prześliczny, kilkuletni, srebrzysto-biały. Lgnący do człowieka, aż opędzić się nie można. Tymczasujący u Szefowej, natomiast nie dogadujący się ze stadem, skonfliktowany, outsider taki. Ma kumplla - ślepego Ślepego. Kocura kumpla też dopadnę i obfotografuję. Niezwykle pożądanym by było, by razem znaleźli nową, wypasioną hacjendę. Mimo tego, że Ślepy jest ślepy.















I mimo tego, że Trójłapek ma deficyt kończyn w obręczy miednicznej :)

niedziela, 13 maja 2012

Metallica whoah! :)

Weekend minął pod znakiem dobrej muzyki.
Szaleństwo czwartkowe na warszawskim Bemowie - Hetfield z kompaniją słuszny koncert zagrali, aczkolwiek narzekać sobie pozwalam na dramatycznie kiepskie nagłośnienie. Chociażby tylko w miejscu w którym stałam, wydaje mi się że nie powinny istnieć takie miejsca na koncercie tej skali. Dość powiedzieć, że kiedy usiedliśmy twarzą do małej sceny, pewna byłam że duża stoi do mnie bokiem. A zespoły występowały raz na jednej raz na drugiej, więc porównanie było. I co? zdziwienie. To był front.

Sam koncert dobry. Bardzo. Przede wszystkim niesamowita atmosfera, nie wiem czy w czymś takim dane mi już było uczestniczyć. Naprawdę - była MOC :-)

Z kolei zaś muzycznie standardowo porwał mnie Acid Drinkers, fantazyjnie również, nie pomijając faktu dostania darmowego browca od kogoś biegnącego w pogo. Zaś najpozytywniejszym zaskoczeniem są chłopaki z Machine Heads, bo naprawdę nie dość, że dali czadu to jeszcze wchodzili w żywy kontakt z publicznością. A to podstawa na Woodstocku. Do tej pory nie wiedziałam, kto dźwignie tegoroczną imprezę, a tu proszę, pojawił się lider zdecydowany. Będzie dobrze.

Prócz tego zaliczone jeszcze Lao Che i Kult, a to już tak raczej na spokojnie i bez przysłowiowego "sikania po nogach" :P

A tutaj oficjalnie na fb sonisphere linkowany filmik, więc i ja sobie pozwolę podrzucić.

http://www.youtube.com/watch?v=eXSkWz3LEFg&list=UUrTRFDmdmnR4ZQkwalOKaWA&index=4&feature=plcp


Z ciekawostek: za plecami na Metallice miałam faceta, który usiłował nucić "Trololo", ludzie uwielbiają kręcić durne filmiki komórkami, na których - co oczywiste - będzie widać tylko światełka oddalonej sceny, a do tego wszystkiego facet, który na Nothing Else Matters po nakręceniu sceny + tłumu najbliższego otoczenia zwrócił obiektyw na siebie i uśmiechnął się melancholijnie i ze łzami wzruszenia w oczach.... Smaczki  niewątpliwe :)

Zdjęć żadnych nie mam. Pozwoliłam sobie na zabawę bez zobowiązań ;-)

piątek, 4 maja 2012

matura i rycerzyki

Z rozmyślań dzisiejszych rowerowych - chodząc do szkoły muzycznej, na etapie podstawówki mijałam kasztany. Ile razy zbliżał się maj, czy to Mama czy Babcia, zawsze ktoś wygłosić musiał standardowy tekst o kwitnących kasztanach i ich powiązaniach z maturą. Ile raz zbierałam później te kasztaniaki, tyle razy zastanawiałam się co to będzie, kiedy sama podejdę do egzaminu dojrzałości, jaka wówczas będę i cóż wydarzy się później.

A tu niespodziewanie zbliżamy się do okrąglutkiej daty po maturze.
Zadziwiające.

Wczoraj zaś bawiliśmy się na Battle of Nations.
Co prawda w kolejce po pajdę chleba ze smalcem patrzono dziwnie, kiedy poprosiłam samą pajdę i gorąco było i słońce i spiekłam sobie ramiona jak rzadko (ale i tak nie spiekłam sobie ryja na poziomie mistrzowskim uczynionym przez Mi), ale i tak turniej konny był tym, co mnie najbardziej zajarało.
Zresztą, nie oszukujmy się. Głównie na tenże turniej dałam się wyciągnąć z domu przed 12 i do 18 siedziałam i się smażyłam.
Koniszcza mnie zawiodły, spodziewałam się samych pogrubionych włochatych pęcinek, a taki był tylko jeden koń, na dodatek dość skarłowaciały siwek. Co nie odbierało mu uroku, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się miśkowaty wydawał. Tylko mniejszy od wielkopolaków (?), które też tam były.
Jest coś takiego w zbrojnych, że nawet mi robią się nóżki z galaretki i popiskuję cichutko :-)



































Ogromne dzięki dla Mężczyzn, za to, że jeszcze czasami zbroje płytową chce im się przywdziać i ruszyć w szranki ;-)