piątek, 13 kwietnia 2012

przyczajona dojrzałość

Siedzę, czytam, chillout'uję.
Nagle telefon. O, Ojciec Syna dzwoni. Radość niewątpliwie moją to uwolniło, rzekłabym nawet że wielką, zwłaszcza że za wspomnianym Tatą Syna stęsknić się zdążyłam. Ostatni raz widzieliśmy się grubo ponad pół roku temu.
- Jutro zapraszam na obiad - powiedział TS trafiając od razu w mój czuły punkt: darmowe, pyszne, cieplutkie jedzenie. Zbiegiem okoliczności niesprzyjających jutro moje jest zajęte. Shit.
- Nie mogę - odparłam z nutą autentycznego żalu.
- Za tydzień?
O, i to zabrzmiało lepiej. Zawsze można zaplanować (albo chociaż wpisać do kalendarza, licząc na zakrzywienie czasoprzestrzeni). Natomiast podskórnie wyczułam może nie tyle podstęp, co jakiś przekaz podprogowy.
- To za tydzień, mamy dużo do omówienia, przegadania, uzgodnienia....
Ha! miałam rację, coś jest na rzeczy
- <nazwisko> czy Ty się przypadkiem nie hajtasz?
- W zasadzie to tak.

W mordeczkę!
Jeżeli już Ojciec Mojego Syna zdecydował się na ślub, to chyba znajomi zaczynają się starzeć/ dorośleć/ tracić rozum. Może brzmi to pejoratywnie, ale wbrew wszelkim pozorom jako człowiek niezwykle wrażliwy o mały włos się nie spłakałam :)
Niewielu jest ludzi, których przyszłość w jakiś tam sposób zajmuje mi myśli - ale akurat ten człowiek do nich należy. Więc kciuki ogromne i będzie wspaniale, bo jakżeby inaczej?

A to, że jutro lecę na ślub Sprite'ów, pierwszy raz oficjalnie jako singiel od kilku lat, to jakby zupełnie inna bajka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz